Doba nie jest z gumy. O energii, odpuszczaniu i własnym kierunku

Są takie dni, kiedy można odnieść wrażenie, że inni żyją w jakiejś rozszerzonej wersji doby.

Ktoś rano biega, potem robi śniadanie z pięciu składników, pracuje, nagrywa rolkę, czyta książkę, ogarnia dom, dzieci, trening, newsletter i jeszcze wieczorem pisze, że wszystko jest kwestią organizacji.

A Ty patrzysz na to między jedną rzeczą a drugą i myślisz: co ja robię nie tak?

Tylko że bardzo często porównujemy swoją zwykłą, nieposprzątaną codzienność z cudzym wybranym kadrem. To trochę tak, jakby oceniać całe mieszkanie po jednym dobrze ustawionym zdjęciu parapetu. Ładne światło, kubek, książka, kwiatek. Poza kadrem może być suszarka z praniem, nieodpisane wiadomości i dziecko, które właśnie szuka drugiej skarpetki.

Media społecznościowe łatwo robią z życia galerię dowodów na to, że inni dają radę lepiej. Nie pokazują całej ceny. Nie pokazują tego, co zostało przesunięte, odłożone, przemilczane albo zrobione kosztem snu.

A przecież doba naprawdę nie jest z gumy, chociaż przez chwilę można udawać, że jest. Da się ukraść godzinę ze snu, zjeść byle co, odpuścić odpoczynek, odpowiedzieć jeszcze na jedną wiadomość i wziąć kolejny temat, bo jakoś to będzie. Tylko organizm nie zawsze zapisuje to jako zaradność. Czasem zapisuje to jako dług.

Na początku ten dług wygląda niewinnie. Trochę większe napięcie, gorsza koncentracja, rozdrażnienie bez wyraźnego powodu, mylenie prostych rzeczy, poczucie, że niby robisz dużo, ale niczego naprawdę nie kończysz.

I wtedy łatwo pomyśleć: muszę się bardziej ogarnąć.

A może to wcale nie jest problem charakteru. Może to informacja, że system jest przeciążony.

W fotografii też widać, kiedy kadr jest przeładowany. Niby wszystko jest ważne, ale oko nie ma gdzie odpocząć. Za dużo elementów walczy o uwagę i po chwili nie wiadomo, gdzie patrzeć. Z codziennością bywa podobnie. Jeśli wszystko jest ważne, to po chwili nic nie jest naprawdę widoczne.

Nie jesteś swoją listą zadań

Bardzo szybko uczymy się przedstawiać przez to, co robimy. Czym się zajmujesz? Gdzie pracujesz? Co teraz tworzysz? Jaki masz plan? Co dalej?

To są normalne pytania. Problem zaczyna się wtedy, kiedy odpowiedź na nie staje się całą historią o nas.

Jest różnica między tym, że pracuję jako nauczycielka, coach, fotografka, specjalistka, mama, menedżerka albo właścicielka firmy, a tym, że muszę cały czas dowozić, bo inaczej nie wiem, kim jestem.

Rola zawodowa może być ważna. Może dawać sens, pieniądze, kontakt z ludźmi i rozwój. Ale rola to nadal tylko część kadru. Nie cała osoba.

Informatyk nie musi naprawiać każdego laptopa w rodzinie. Psycholog nie musi analizować wszystkich przy stole. Coach nie musi każdej rozmowy zamieniać w proces. Mama nie musi być dostępna zawsze i dla każdego. Osoba ambitna nie musi każdej możliwości zamieniać w obowiązek.

Higiena zaczyna się tam, gdzie można zdjąć z siebie rolę i nadal czuć, że się istnieje. Nie jako funkcja, wynik albo lista zrobionych rzeczy. Po prostu jako człowiek, który ma swoje tempo, swoje granice i swoje zasoby.

Odpuszczanie nie zawsze jest porażką

Dużo mówi się o tym, że warto próbować, działać, rozwijać się i korzystać z szans. I jasne, warto. Tylko że w pewnym momencie rozwój bez wybierania zaczyna przypominać otwieranie kolejnych kart w przeglądarce. Niby każda jest ciekawa. Niby każda może się przydać. Ale komputer zaczyna działać wolniej.

My też.

Nie da się iść w każdym kierunku naraz. Nie da się jednocześnie budować spokoju i zgadzać się na wszystko. Nie da się chronić energii i brać każdego tematu, bo szkoda odmówić. Nie da się być obecnym wszędzie, nie znikając trochę z własnego życia.

Odpuszczanie bywa trudne, bo uruchamia lęk. A jeśli ominie mnie okazja? A jeśli ktoś inny zrobi to lepiej? A jeśli zostanę z tyłu? A jeśli teraz trzeba cisnąć, bo inaczej przepadnę?

Tylko że lęk przed pominięciem rzadko prowadzi do dobrego kierunku. Częściej prowadzi do ciągłego sprawdzania, czy już jesteśmy wystarczająco na bieżąco: z informacjami, trendami, ofertą, cudzym tempem i tym, co teraz podobno trzeba.

A własny kierunek zwykle nie krzyczy tak głośno jak powiadomienia. Trzeba go raczej wyłapać. Jak światło na zdjęciu. Jak detal, który na początku łatwo przeoczyć. Jak coś, co robi się ważne dopiero wtedy, kiedy przestajesz nerwowo łapać wzrokiem wszystko naraz.

Determinacja czy nadrabianie?

Nie każda intensywność jest zła. Są momenty, kiedy trzeba się zmobilizować, domknąć projekt, przejść przez trudniejszy etap, zrobić coś mimo zmęczenia.

Determinacja ma sens, kiedy prowadzi do czegoś ważnego i kiedy po drodze nie tracisz całego siebie.

Ale jest też drugi rodzaj działania. Takie robienie więcej, żeby nikt nie zauważył, że się boisz. Że czujesz się niewystarczająco dobra. Że nie masz pewności. Że próbujesz zasłużyć na spokój.

To już nie jest determinacja. To jest nadrabianie sobą.

I ciało prędzej czy później zaczyna się odzywać.

Sen jest tu prostym przykładem. Możemy mówić sobie, że jeszcze damy radę, ale mózg po niedospaniu nie działa tak samo. Spada uwaga, pogarsza się pamięć robocza, łatwiej o błędy, trudniej utrzymać spokojny kontakt ze sobą i z innymi. Tego nie da się załatwić samą ambicją.

Organizm nie działa według naszych deadline’ów. Ma swoje potrzeby i prędzej czy później zaczyna się o nie upominać.

Sens nie musi być wielkim hasłem

Kiedy słyszymy sens życia, łatwo wejść w duże słowa: misja, powołanie, wielka zmiana, odkrycie siebie, nowy rozdział.

A może sens jest czasem dużo mniej widowiskowy.

Może jest w tym, że wiesz, po co dziś czegoś nie robisz. Że wybierasz spacer zamiast kolejnego scrollowania. Że zamykasz komputer, chociaż jeszcze można by coś poprawić. Że mówisz nie, bo naprawdę chcesz mieć siłę na swoje tak. Że robisz coś małego, ale zgodnego z tym, co jest dla Ciebie ważne.

Sens nie zawsze przychodzi jako olśnienie. Częściej układa się z powtarzanych decyzji: z tego, czemu dajesz uwagę, czego nie karmisz, do czego wracasz, co przestajesz udawać i co wybierasz nawet wtedy, kiedy nikt tego nie widzi.

W tym sensie życie jest trochę jak robienie zdjęcia.

Nie wszystko musi wejść do kadru.
Nie wszystko, co ładne, musi być najważniejsze.
Nie wszystko, co głośne, zasługuje na ostrość.

Czasem dopiero kiedy coś zostaje poza kadrem, widać, o co naprawdę chodzi.

Małe ćwiczenie z kadru

Weź dziś aparat albo telefon i zrób jedno zdjęcie, które pokaże Twoją energię.

Nie idealny dzień. Nie estetyczną wersję siebie. Nie dowód, że wszystko ogarniasz. Tylko obraz, który uczciwie pokazuje: tu teraz jestem.

To może być kubek po kawie, nieposłane łóżko, światło na ścianie, buty przy drzwiach, roślina, która mimo wszystko wypuściła nowy liść, pusta przestrzeń na stole albo coś, co mówi: potrzebuję mniej.

Potem zobacz to zdjęcie chwilę dłużej i zapytaj:

Co w tym kadrze zabiera mi energię?
Co ją oddaje?
Co jest naprawdę moje, a co tylko weszło w kadr z rozpędu?
Z czego mogę dziś zrezygnować, żeby odzyskać trochę siebie?

Nie po to, żeby od razu zmieniać całe życie. Raczej po to, żeby zobaczyć jeden najbliższy ruch.

Bo doba nie jest z gumy.

Ale uwaga może wrócić na swoje miejsce.

A od tego często zaczyna się sens.


Inspiracje i literatura

Do napisania tego tekstu wróciłam po wysłuchaniu jednego z odcinków podcastu Gutral Gada. Temat połączył mi się z książkami i koncepcjami, do których wracam od dawna: sensem, uważnością, wartościami, przeciążeniem i pracą z własną energią.

Viktor E. Frankl, Człowiek w poszukiwaniu sensu
Emily Esfahani Smith, Siła sensu
Mihaly Csikszentmihalyi, Flow. Stan przepływu
Russ Harris, Pułapka szczęścia
Jon Kabat-Zinn, Gdziekolwiek jesteś, bądź
Christina Maslach, Michael P. Leiter, Prawda o wypaleniu zawodowym
Matthew Walker, Dlaczego śpimy