Chcieć zrobić coś dobrze to przecież nic złego. Możemy przykładać się do pracy, poprawiać swoje umiejętności, wracać do tekstu, nad którym pracujemy, albo ćwiczyć coś tak długo, aż zacznie wychodzić lepiej. Trudniej robi się wtedy, kiedy coraz mniej wiadomo, gdzie właściwie jest koniec. Kolejna poprawka prowadzi do następnej, przygotowanie wciąż wydaje się niewystarczające, a „wystarczająco dobrze” jakoś nie przychodzi.
Z zewnątrz trudno czasem odróżnić jedno od drugiego. Ktoś siedzi długo nad projektem, sprawdza szczegóły, dużo od siebie wymaga. Można pomyśleć: ambitna osoba, zależy jej na jakości. I być może dokładnie tak jest. Same wysokie standardy niewiele jeszcze mówią. Ciekawsze jest to, co dzieje się wtedy, kiedy efekt od nich odstaje.
Chcę zrobić dobrze czy musi być idealnie?
W psychologii pojawia się rozróżnienie między perfekcjonizmem a dążeniem do bardzo dobrego wykonania, określanym jako excellencism. Podoba mi się w nim to, że nie wrzuca ambicji i wysokich wymagań od razu do worka z napisem „perfekcjonizm”.
Można chcieć się rozwijać, dużo od siebie wymagać i naprawdę dobrze wykonywać swoją pracę, a jednocześnie dopuścić błąd czy zmianę planu. Można też dojść do momentu, w którym mówi się: na ten etap wystarczy.
Przy perfekcjonizmie ta granica robi się mniej oczywista. Kończysz prezentację i zamiast całego spotkania w głowie zostaje jedno zdanie, które można było powiedzieć lepiej. Oddajesz projekt, ale jeszcze przez pół dnia myślisz o fragmencie, który nie wyszedł dokładnie tak, jak chciałaś. Piszesz wiadomość i po raz piąty zmieniasz jedno zdanie, choć właściwie przekazuje już to, co miało przekazać.
Bywa też, że poprzeczka przesuwa się razem z nami. Dochodzimy do miejsca, które wcześniej miało być wystarczające, a za chwilę pojawia się następny warunek.
I wcale nie zawsze kończy się to przepracowaniem. Perfekcjonizm może wyglądać również jak niezaczynanie. Pomysł na tekst jest jeszcze za mało dobry, do zgłoszenia trzeba się lepiej przygotować, przed ważną decyzją warto jeszcze coś sprawdzić. Można bardzo długo czekać na moment, w którym będziemy wreszcie gotowi.
Kiedy poprawianie naprawdę coś wnosi
Poprawki są potrzebne. Gdy widzę błąd w obliczeniu, poprawiam go. Jeśli czytam swój tekst i nie rozumiem własnego akapitu, dobrze byłoby coś z nim zrobić. Przygotowanie do ważnego spotkania też ma sens.
Czasem jednak trudno powiedzieć, co właściwie chcemy już poprawić. Zostaje bardziej ogólne poczucie: jeszcze nie jest dość dobre.
To pytanie wydaje mi się całkiem przydatne: co konkretnie ma zmienić kolejna poprawka?
Jeśli umiem odpowiedzieć, sprawa jest dość jasna. Chcę uporządkować argument, sprawdzić dane, zmienić coś, co rzeczywiście przeszkadza. Jeśli odpowiedzią jest właściwie tylko „żeby było lepiej”, warto chwilę przy tym zostać.
Nie każda dodatkowa godzina pracy daje przecież taki sam efekt. Czasem sporo poprawia, a czasem spędzamy ją na przesuwaniu przecinków w czymś, co już dawno spełnia swoją funkcję.
A co z tym wszystkim robi uwaga?
Perfekcjonizm jest ciekawy również pod tym względem, że bardzo łatwo zmienia proporcje tego, co widzimy.
Jedna rzecz nie wyszła i właśnie ona zajmuje najwięcej miejsca. Dobre spotkanie schodzi na dalszy plan, bo w głowie odtwarza się niezręczne zdanie. Z dziesięciu dobrze wykonanych elementów projektu wzrok wraca do tego jedenastego, który odstaje.
Fotografia pokazuje ten mechanizm bardzo fajnie. Patrzysz na zdjęcie, które przed chwilą Ci się podobało, po czym zauważasz coś przy krawędzi kadru i od tego momentu widzisz już głównie to.
Ten element oczywiście nadal tam jest. Być może warto go poprawić. Dobrze jednak czasem sprawdzić, czy przypadkiem nie zasłonił całej reszty.
Lubię wtedy bardzo proste pytanie:
Co jeszcze tu jest?
Na zdjęciu, w sytuacji, w tym, co zrobiłam.
Nie trzeba dopisywać sobie pozytywnej wersji wydarzeń. Wystarczy zobaczyć trochę więcej niż ten fragment, który pierwszy przejął uwagę. Łatwiej wtedy zdecydować, czy coś naprawdę wymaga poprawy, kiedy widzę całość, a nie tylko to, co mi w niej przeszkadza.
Elastyczność przydaje się bardziej niż kolejna zasada
Przy rozmowie o perfekcjonizmie łatwo dojść do wniosku, że rozwiązaniem jest odpuszczanie. Tylko wtedy szybko można stworzyć sobie nowy nakaz: mniej poprawiaj, nie przejmuj się, zostaw tak, jak jest.
A przecież czasem trzeba coś dopracować. Są zadania, w których szczegóły naprawdę mają znaczenie, i sytuacje, w których „jakoś to będzie” nie jest najlepszym pomysłem.
Dlatego dobrze pasuje mi tutaj pojęcie elastyczności psychologicznej, obecne między innymi w ACT. Interesuje mnie jego bardzo praktyczny kawałek: czy potrafię zauważyć swoją automatyczną reakcję i sprawdzić, czy w tej konkretnej sytuacji rzeczywiście mi służy.
Mam odruch jeszcze raz sprawdzić. Dobrze, tylko co sprawdzam?
Chcę zrobić kolejną wersję. Co ma być w niej inne?
Wydaje mi się, że nie jestem jeszcze gotowa. Czego dokładnie potrzebuję, żeby zrobić następny krok?
Czasem odpowiedź potwierdzi, że warto jeszcze popracować. Innym razem wyjdzie, że trudno nam po prostu powiedzieć: gotowe. I właśnie po takich pytaniach trochę łatwiej zobaczyć, czy jestem jeszcze w procesie poprawiania, czy już tylko trudno mi uznać, że wystarczy.
Możesz sprawdzić to na zdjęciu
Przy fotografowaniu da się zobaczyć ten mechanizm na małą skalę i bez wielkiej stawki.
Zrób zdjęcie czegoś, co przyciągnęło Twój wzrok. Zanim odruchowo zrobisz drugie, przyjrzyj się pierwszemu. Co od razu chcesz zmienić? Czy widzisz konkretną rzecz, czy pojawia się szybkie „to jeszcze nie to”?
Potem możesz zrobić kolejny kadr. Zobacz oba i najpierw sprawdź, dlaczego w ogóle zrobiłaś drugie.
Może rzeczywiście jest lepszy. Może inaczej pokazuje to, co zwróciło Twoją uwagę. A może pierwsze zdjęcie było całkiem w porządku, tylko dostało bardzo mało czasu, zanim zaczęłaś je poprawiać.
To samo można później zauważyć przy tekście, prezentacji, pracy czy zwykłej wiadomości wysyłanej do kogoś. Moment jest podobny: coś już mamy, a umysł od razu podpowiada, że można jeszcze lepiej.
Skąd wiem, że wystarczy?
No właśnie, tylko skąd wiedzieć, że już wystarczy?
Można poprawiać bardzo długo. Zdjęcie da się wykadrować inaczej, tekst jeszcze raz przeczytać, prezentację przećwiczyć, ofertę dopracować. Prawie zawsze znajdzie się coś, co dałoby się zrobić trochę lepiej.
Tylko że „da się lepiej” nie zawsze znaczy „warto jeszcze poprawiać”.
Można nadal widzieć rzeczy, które zrobiłoby się inaczej, i uznać pracę za gotową. To bywa trudniejsze niż samo poprawianie, bo granicy nie wyznacza już brak możliwości zrobienia czegokolwiek więcej. Trzeba ją ustawić samemu.
Nieidealny kadr dobrze mi o tym przypomina. Mogę zrobić kolejne zdjęcie i czasem rzeczywiście warto. Mogę też zostać przy tym, które już mam.
Dobrze czasem sprawdzić, czy naprawdę chcę coś poprawić, czy po prostu trudno mi zostawić to, co już jest.
Źródła i inspiracje
Przy pisaniu tego tekstu korzystałam z publikacji dotyczących perfekcjonizmu, elastyczności psychologicznej oraz rozróżnienia między perfekcjonizmem a dążeniem do bardzo dobrego wykonania (excellencism). Bliskie jest mi również podejście ACT i prace Jennifer Kemp dotyczące perfekcjonizmu i elastyczności psychologicznej.
Fotografia pojawia się tutaj jako prosty sposób obserwowania uwagi i własnych reakcji. Nie traktuję jej jako metody pracy z perfekcjonizmem samej w sobie, ale jako praktykę, przy której pewne codzienne reakcje można po prostu łatwiej zauważyć.

